BLOGGER TEMPLATES + TUMBLR LAYOUTS + TWITTER BACKGROUNDS

poniedziałek, 24 stycznia 2011

cherry lips -- MOTYLKI WIEM, ŻE TA NOTKA JEST MEGA DŁUGA, ALE JEST TEŻ MEGA WAŻNA, BO POTRZEBUJĘ WASZEJ RADY I POMOCY... jeśli nie chce wam się jej całej czytać przeczytajcie chociaż to co jest na czarno. Zielone, to opowieść o mnie.

Historia sztuki napisana. Może jednak nie będzie tak źle i dam radę.
Dziś razem z Tygrysem i Zoraidą jestem na głodówce. Musiałam to zrobić. Mój żołądek po tylu napadach był tak masakrycznie rozciągnięty, że się nie dziwię, że mnie cały czas ciągnęło do jedzenia więcej i więcej. Dziś o dziwo nie miałam ochoty na nic. Nie mówię wprawdzie, że grzanki czy obiad współlikatorek nie pachniały smakowicie. Jestem jednak przekonana, że gdybym tylko ich spróbowała, nie czuła bym nawet ich smaku.
Za to przez cały dzień czułam to przyjemne uczucie pustki i lekkości, miłe mruczenie w żołądku. Malej żołądku, malej. Przepraszam za wszystko co ci zrobiłam. To się już więcej mam nadzieję nie powtórzy.
Rano masakrycznie mnie bolała głowa, no ale co ty się dziwić. Po pierwsze to normalne dla głodówek, a po drugie, czego ja się spodziewałam jeśli poszłam spać po 2 a wstałam po 7?
Jedyne o czym myślę, to co po głodówce?
Chcę ją kontynuować jeszcze jutro. Tylko co później?
Czy serio chcę jeszcze chudnąć? Jak długo to będzie trwało? Mam do napisania bardzo długi post o tym jak teraz wygląda moje zycie (może się zmotywuje i napisze go dziś wieczorem, sprawdzajcie)... chyba pojdę do dietetyka, żeby zostać przy 50. No ale to dopiero w połowie lutego, bo dietetycy mają teraz masę pacjentów i wszyscy, którzy mają sensowne ceny mają czas dopiero w połowie lutego. A co do tej połowy? Jaki mam limit sobie ustalić? 500? ABC? A może skakać 200-400-600-800? Nie chcę mieć już więcej napadów, a muszę coś powiedzieć mojemu chłopakowi, któremu obiecałam, że będę o siebie dbała. Poza tym będe miała ferie i muszę jechać do domu i do faceta też jadę i ani tu, ani tu nie dadzą mi jeść po mojemu....
Poradźcie motylki. Proszę.
Wagowo dziś: 49,4... dopiero schodzi ze mnie to, co w siebie wpakowałam w czasie kompulsów. Jak żałosnym trzeba być, żeby mieć w ciągu 2 tygodni 6 kompulsów po ponad 2000kcal?

Ćwiczenia: 30 brzuchów
30 przysiadów
bodywork ladys
8 min legs
8 min buns
30 grzbietów

Bilans: 0!

PS. SkinnyBitch podaj adres bloga, bo nie mogę go znaleźć :(

EDIT: Pewnie zacznę to pisać i nie skończę. Niestety... tak już mam kiedy mam do napisania ważne rzeczy. Amii - tu będzie też odpowiedź na twoje pytanie.

Jak już wiecie, ważyłam ponad 70, zostawił mnie facet. To był jedyny facet w moim życiu, jedyny, jaki kiedykolwiek zwrócił na mnie uwagę. Ponieważ miałam spieprzoną samoocenę (dzięki rodzinie i znajomym), przylgnęłam do tej myśli, że to pierwszy i ostatni. A że zostawił mnie w fatalnych okolicznościach - zdradził na naszej wspólnej studniówce (o czym dowiedziałam się stydzień później) z cycatą 16tką, która siedziała naprzeciwko mnie i z którą również tańczyłam, zaś kiedy mnie zostawiał uznał, że to dlatego, że o siebie nie dbam... samoocena spieprzyła się zupełnie. Nie miałam siły żyć, nie miałam siły jeść. Nie wychodziłam przez 2 tygodnie z domu. W końcu wzięła się za mnie mama, wychowawczyni i przyjaciółki. Zaprowadziły mnie na terapię do psychologa, dostałam antydepresanty, wzięły na kurs tańca brzucha, o którym zawsze marzyłam. Zaczęłam bardzo (!!) mocno imprezować. Dlatego schudłam - miałam nagle mega dawkę ruchu, chociaż nie ćwiczyłam, bo nienawidzę się pocić, nie jedząc prawie nic (nadal nienawidziłam życia) i biorąc leki. To było moje pierwsze schudnięcie. Potem zaczęłam jeść, ale z głową. No a resztę historii już znacie.
Jak wygląda moje życie teraz? Trochę żałośnie. Znów z nim jestem, on się naprawdę zmienił. Niestety zmieniłam się też ja. Ana zaczyna przysłaniać mi świat i radość życia. W sumie, to już nie mam radości życia. Znaczy zdarzają się momenty, kiedy jestem szczęśliwa, ale to tylko momenty, potem wracam do domu i nagle wszystko traci kolory i smaki (to mnie właśnie zaskakiwało, kiedy miałam napady - jadłam tyle, bo nie czułam smaku tego wszystkiego. Równie dobrze mogłabym jeść papier), a mi się odechciewa. On ma do mnie pretensje, że nie przejmuję się nim i naszym związkiem. Trochę jest w tym prawdy - On też ma teraz sesję, cholernie ciężką sesję i straszne egzaminy, których może nie zaliczyć. Tymczasem kiedy dzwoni ja zapominam o tym wszystkim i mówię u tylko o kaloriach, wadze, napadach. Okłamuję go jeśli chodzi o wagę, okłamuję, że jadłam, okłamuję, że skończyłam z motylkowymi blogami. I źle mi z tym. Ostatnio, kiedy jechałam do niego na weekend, nie myślałam wcale o tym, jak spędzimy razem czas, tylko o tym co ja będę jadła i jak to zrobić, żebym głodowała, a on nie zauważył. Boję się o ten związek. Związki na odległość same w sobie są trudne jak cholera. Poznań - Warszawa, to nie Londyn - Moskwa, ale przecież i tak daleko i już ludziom bez takich problemów by było trudno, a co powiedzieć, kiedy ja zmieniłam się w zimną sukę myślącą tylko o sobie?
Moje życie dalej - problemy z rodziną. Tu też jestem suką. Do tego nienawidzę jeździć do domu na weekendy, bo czuję się kontrolowana. Mama płacze, babcia płacze, dziadek płacze. ciocia się obraża, a chudziutki brat stwierdza, że mam anorektyczne ręce. Mama nie chce ze mną chodzić na zakupy, bo twierdzi, że nie może patrzeć na moje kości. A ja krzyczę, za jedzenie, za wtrącanie się w moje sprawy. Chociaż wcale nie chcę tego robić. Tyle, że to wszystko silniejsze ode mnie. Zamiast podziękować za to, że przywiozła mi do Poznania kilogram mandarynek, krzyczę, że wyrzucę, że po co. Suka...zimna suka.
W sumie trochę przez to się też wszystko popsuło. Do grudnia wszystko było ok. Podobałam się sobie. 50kg było ok. Nawet trochę więcej też. Czułam się fajnie w swojej skórze, jadłam mało, ale nie chodziłam głodna. Problemy zaczęły się jak pojechałam do domu na święta. Wtedy właśnie wynikł cały ten cyrk z płaczami, z tym, że mama mówiła, że przeze mnie wyląduje w psychiatryku, że jestem anorektycznie chuda. A ja chciałam tylko sukienkę na sylwestra... Przez to co mówiła, spojrzałam na siebie inaczej. Zobaczyłam kości, które przedtem kochałam w innym świetle. No ale z drugiej strony musiałam przed nią udawać, że wszystko jest ok, a wiadomo - domowe obiadki, kolacja wigilijna i takie rzeczy. Zaczęłam się więc głodzić, wyrzucać jedzenie, okłamywać wszystkich dookoła. I do tego straciłam nowo zdobyte poczucie własnej wartości. Już nie byłam przepiękną skinny bitch mieszczącą się w spodnie z River Island rozmiar 32. Byłam....sama nie wiedziałam kim byłam. Raz grubą krową, raz kościotrupem. Po prostu się skończyło rumakowanie i tyle.
Przyjechałam znów do Poznania... no i się zaczęło. Na zmianę jadłam po mojemu, potem na zmianę się głodziłam i rzucałam na 4000kcal. Bo raz byłam gruba, a raz chuda, a najczęściej byłam po prostu nikim i na niczym mi nie zależało. Zalewała mnie obojętność. Obojętnie mi było, czy spotkam się z Nim, co na siebie ubiorę, co kupię, co zjem. Myślałam, że może jak nażrę się rzeczy, których smak kochałam, przełamię obojętność, znajdę zgubioną radość życia. Obojętność przeżarła mi się przez całe moje jestestwo - nie czułam smaku.
Do tego wszystkiego zaczęły się wtrącać współlokatorki. Swoją drogą przez anę odcięłam się też od nich. Mieszkamy razem, mamy wspólną łazienkę, kuchnię, telewizor w ich pokoju, dzieli nas tylko ściana (mamy 2 pokoje, ja mam swój, one są we 2). No a ja z nimi nie rozmawiam, nie spędzam z nimi wcale czasu.
Ocięłam się też od życia towarzyskiego. Nie pamiętam kiedy byłam ostatni raz na imprezie tu w Poznaniu. Nikt do mnie nie przychodzi ze znajomych z uczelni, bo ja też nie chodzę do nikogo.

Moje życie jest żałosne. Nie ma smaku, ani kolorów. To  trochę żałosne, bo przecież jestem na wymarzonych studiach, na które dostaniu się poświęciłam wiele lat, studiach związanych z ekspresją, kolorem, zabawą.
Nie wiem co mam zrobić, żeby ogarnąć cały ten bajzel.
Chciałam pójść do dietetyczki - w ten sposób nie będę obsesyjnie myślała, co mam jutro zjeść, nie będzie mi już przysłaniała świata kaloryczność marchewki. W ten sposób zamknę też usta całej rodzinie, bo przecież jak dietetyk wyznaczy mi dietę, to będzie ona zdrowa.
Tylko to nie takie łatwe. Bo z drugiej strony nie chcę pozbywać sie any ze swojego życia. Tego miłego burczenia w brzuchu. Tego poczucia zwycięstwa nad sobą, kiedy na wadze mniej. I znow, i znów.
No i strasznie boję się, że będę musiała przytyć, albo, że nawet jeśli nie będę musiała, to to i tak tak się skończy, że dietetyczka po wyznaczeniu mi diety doprowadzi mnie chociaż do tych 53-54kg prawidłowych według BMI.
Dlatego ostatnio wpadłam na to, żeby zejść do 47. Wtedy stabilizacyjno - tyciowe jojo może zatrzyma się w granicach 50? Sama nie wiem.
Poza tym dietetyczka jak pisałam ma czas dopiero 12 lutego. Co mam zrobić do tego czasu?

10 komentarzy:

  1. Zazdroszczę Ci, że możesz robić głodówki. U mnie w domu by się to niestety nie udało.
    Myślę, że jeśli jesteś zadowolona ze swojej wagi powinnaś w miarę sensownie jeść. Na początek może ok 800kcal dziennie?

    P.S co i jak jadłaś, że Twoja waga spadła aż o 30kg? Robiłaś do tego jakieś ćwiczenia? Ile czasu zajęło Ci zrzucenie tej wagi? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mysle ze powinnas pojsc do psychologa-terapeuty. Ja sama uwazam, ze moje zycie jest do dupy i mam wiele podobnych przemyslen jak Ty. Sek w tym, ze ja jestem starsza i moja rada brzmi: ratuj sie poki mozesz, poki nie jest dla Ciebie za pozno. Masz cos wspanialego- swoja pasje ktora realizujesz, wlasnie te studia o ktorych tak ladnie piszesz. Nie zmarnuj tego, trzymaj sie. Rodzina nie jest najwazniejsza. Facet? Jeszcze mniej. Najwazniejsza jestes Ty i to zebys sie kochala, wtedy wszystko bedzie latwiejsze.
    Poszukaj pomocy, kogos z kim bedziesz mogla spokojnie porozmawiac o tym wszystkim i kto nie bedzie Cie ocenial.

    SkinnyBitch

    http://carpe-fucking-diem.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam.
    Mam trochę podobnie z moim facetem. Jak do niego jadę to zamiast się cieszyć myślę czy każe mi coś jeść jak się wywinę i takie tam.
    Myślę, że powinnaś pójść do psychologa. Żeby poukładał to wszystko w całość. Żeby chociaż odrobinę przywrócić Ci radość życia. Przecież ono jest tak krótkie.
    A do czasu spotkania z dietetyczką powinnaś jeść tak stabilizująco. Byle by nie spadło jeszcze bardziej. Bo chyba to nie będzie dla Ciebie dobre.
    Choć to tylko moje zdanie i nie chcę się broń boże wtrącać.

    Trzymaj się ciepło. :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałam całą tą notkę i kilka wcześniejszych. Przepraszam, że piszę dopiero teraz. Ale nie byłam w stanie czytać ani komentować..
    Po tym co napisałaś w ie najlepszym świetle ukazuje się Twój chłopak.. z drugiej strony staram się wyobrazić sobie to wszystko na przestrzeni czasu. Jeśli Cię zdradził, to było dawno temu. Ale z drugiej strony to przez niego masz teraz takie problemy z jedzeniem! Ja wiem, że źle było jeszcze przed tym, ale po jego zdradzie po prostu wszystko rozwaliło się w tempie błyskawicy. I nagle wrócił. Jesteś chuda. Ale czy gdybyś nadal ważyła te ponad 70 kg byłby z Tobą?
    Jeśli chodzi o dietetyka.. możesz iśc. Ale mam już doświadczenie w tej sprawie. Poszłam, bo nie widziałam już przyszłości. Nie wiedziałam, co robić. Przeczytaj moje notki, gdzie opisywałam wizyty i w ogóle dietę..
    Nie wiem gdzie dokładnie się zaczęły pierwsze wzmianki o dietetyku. Ale tu postaram się zebrać kilka najważniejszych.

    http://nie-jadlam-3-dni.blog.onet.pl/TAK-To-juz-DIETETYK,2,ID416231132,DA2010-10-25,n

    A tu link do archiwum z listopada:
    http://nie-jadlam-3-dni.blog.onet.pl/1,AR3_2010-11_2010-11-01_2010-11-30,index.html

    i grudnia
    http://nie-jadlam-3-dni.blog.onet.pl/1,AR3_2010-12_2010-12-01_2010-12-31,index.html

    W grudniu najlepiej opisują wizytę u dietetyczki pierwsze notki..

    ***
    Myślę, że to nie jest dobry pomysł. Bo najważniejsze jest to, co w głowie. Jeśli tego nie naprawisz najpierw, dietetyk niewiele Ci pomoże. Sama zobaczysz, w moich notkach.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciężko poradzić, zwłaszcza w ważnych sprawach, najlepiej jeśli sama zdecydujesz. Też kłamałam mojemu menowi doszło do tego że coraz bardziej psuł mi się z nim kontakt, postanowiła już nie kłamać, tylko jak będę z nim szczera to będę szczęśliwa, jeśli mnie nie zaakceptuję taką jaka jestem naprawdę, to znaczy że mam szukać kogoś innego.. Mam nadzieję że wszystko się ułoży, albo chociaż polepszy!

    OdpowiedzUsuń
  6. smutna, ale prawdziwe. Przeczytałam wszystko...
    co do Twojej mamy, wspomniałaś na początku że to przez rodzinę miałaś niskie poczucie własnej wartości... więc w pewnym sensie Twoja matka powinna czuć się odpowiedzialna za to co się z Tobą dzieje, a nie jeszcze wpędzać Ciebie w poczucie winy... chłopak... no tak, teraz już rozumiem dlaczego ta studniówka nie była dla Ciebie taka piękna. Jeśli wrócił do Ciebie dopiero gdy zaczęłaś "dbać o siebie", to nie wierzę jakoś w jego dobre intencje. Ale jeśli na prawdę się zmienił, to może być to dla niego denerwujące gdy Ty mówisz tylko o kaloriach... Ale w uczucia ja się mieszać nie będę. Z dietą to mówiłam Ci już, najlepiej jak ustalisz sobie limit np 500 kcal i będziesz się go trzymać, albo 2468, wtedy metabolizm Ci nie zwolni całkowicie jak to bywa po głodówkach. W ten sposób właśnie możesz wychodzić z głodówki. I nie chudnij już... skoro zauważasz że Ana pomału przesłania Ci świat to nie najlepiej wróży, ale jeśli to dostrzegasz to masz jeszcze szansę żeby się od tego uwolnić. Nie możemy popadać w paranoję, zamykać się w świecie gdzie istnieją tylko kalorie i waga... życie to też znajomi, praca, studia, Twoje wymarzone... szkoda byłoby tyle przegapić. Życie jest zbyt krótkie.
    Jejku, teraz to ja się rozpisałam ;o

    P.S. zjebałam znów głodówkę, już nie wiem co robić ;((

    OdpowiedzUsuń
  7. U każdej z nas coś się wydarzyło, że postanowiła się odchudzać. Wszystko jednak zależy od tego, jak bardzo nas to zmotywowało do pracy nad sobą. Ja też na początku ważyłam prawie 7okg. Teraz jestem o wiele chudsza, ale co z tego, skoro ciągle chcę mniej i mniej?
    Musisz się zastanowić jaki dokładnie chcesz cel osiągnąć. Jeśli chcesz jednak zostać przy tych 5okg i być zdrowa, to myślę, że ta wizyta u dietetyka powinna Ci pomóc. W końcu to lekarz i Ci pomoże zwłaszcza,. że sama tak dużo osiągnęłaś. Jeśli chcesz utrzymać wagę, to nie możesz też robić sobie głodówek, potem jeść, potem znowu głodówki, bo przez to waga tylko będzie skakać ku górze, a przecież nie o to Ci chodzi, prawda?
    Trzymaj cię ciepło.
    Dodaję Cię do moich linków i zapraszam częściej do siebie.:*

    OdpowiedzUsuń
  8. nareszcie cie znalazłam
    widze że masz poważny problem.
    Ja właśnie jestem na tym etapie, na którym Ty byłaś kiedys : jem mało ale nie chodze głodna i podobam sie (ufff) sobie.

    nie mogę powiedzieć Ci konkretnie co robić bo nie jestem do tego uprawniona. powiem Ci tylko co według mnie byłoby najlepsze.
    Trzeba zrozumiec moja droga że głodówki zawsze kończą sie kompulsami.... zawsze i to nieuniknione, lepiej jeść więcej warzyw one nasycą bo mają błonnik ale Ty zapewne o tym wiesz.
    50 kg to piękna waga. chciałabym taką mieć a bujam sie wokół 53 i tak jestem ewentualnie zadowolona
    ( My nigdy do konca nie jestesmy zadowolone z siebie)
    a na moj rozum to podstawą twoich problemów jest Twoj facet bo podświadomie w Twojej głowie jest to co Ci zrobił i słowa że o siebie nie dbasz.

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytam już którąś Twoją notkę i czytam Ją z zapartym tchem. Po pierwsze, bo masz niebywałą umiejętność ubierania myśli i uczuć w słowa, które dokładnie obrazują Twoją rzeczywistość, a która dla nas tak naprawdę jest obca, a jednak dzięki Twoim notkom umiemy sobie ją wyobrazić, odczuć, poznać. Po drugie dostrzegam w Tobie tak samo zagubioną dziewczynkę, jaką jestem ja sama. Oczywiście szczegóły naszego życia znacznie się różnią, ale łączy nas też wiele, a przede wszystkim sposób postrzegania. Ty masz chłopaka, na którym Ci zależy, a ja odcięłam się od spraw damsko-męskich już jakiś czas temu i nie umiem się przełamać, a zresztą sama nie umiem sobie wyobrazić, że ktoś mógłby się teraz mną zainteresować, choć kiedyś miałam wielbicieli na pęczki. Nie mieszkam sama, nie wyjechałam do innego miasta, ale tak samo, jak Ty okłamuję wszystkich w koło, traktuje bardziej, jak wrogów niż przyjaciół. Tak samo marzę o dietetyku, a jednocześnie panicznie boję się ingerencji obcego człowieka w mój sposób bycia, boję się, że będziemy mieli znaczne różnice zdań i ja i tak w końcu nie będę się stosować do jego zaleceń. Masz wagę, o jakiej ja marzę, a jakiej od dawna nie mogę osiągnąć, ale wiem, co czujesz, wiem jak to jest osiągnąć cel i jednocześnie nie być z tego zadowolonym, a wpędzać się w jeszcze większe bagno. Wiem, bo kiedyś z 60 kilo schudłam do 36. Pamiętam, jak najpierw nie umiałam siebie zaakceptować z powodu tuszy, a potem nienawidziłam się za tą odrażającą chudość, która nawet mnie samą przerażała, ale nie umiałam przestać, więc brnęłam dalej, pragnęłam ciągle czuć tą ekscytację, gdy cyferki na wadze się kurczą, a ja wraz z nimi. Potem straciłam kontrolę i całe poczucie własnej wartości. Ciężko mi wrócić do starych nawyków i wytrwać w nich, sama nie wiem dlaczego. W konsekwencji tego sięgam po złe środki dążenia do celu i zamiast chudnąć, tyję stopniowo, ale regularnie. Obie mamy napady, ale znacznie się one różnią. Dla mnie 2000 to dopiero początek napadu. Jeśli zjem więcej choćby o orzeszka niż zaplanowałam, od razu uruchamia się machineria, która nie pozwala mi przestać jeść póki nie poczuję bólu brzucha i mdłości. Już nawet nie czuję smaku, już nawet jem tego, czego nie lubię, ale nie umiem przestać. Tak samo, jak Ty zamiast cieszyć się z czasu spędzanego z innymi, z wyjazdów, które mam przed sobą, martwię się tylko tym, co będę tam jadła i czy uda mi się uniknąć tego, czy owego. Nie będzie Ci mówić, co masz zmienić. Sama musisz do tego dojść. Wiesz, co jest w Twoim życiu złe, a co dobre. Co wymaga poprawki. Sama musisz znaleźć sposób, choć wiem, że to żadna rada i pomoc. Dla mnie jedno byłoby dobrym wyjście, dla Ciebie drugie. Tak naprawdę sama nie znam odpowiedzi na żadne z Twoich pytań, bo tak naprawdę sama wciąż tych odpowiedzi szukam. Sama tkwię w wiecznej niepewności i walce o coś, co być może nigdy szczęścia mi nie da.

    P.S. Jak długo się odchudzałaś i jak długo dochodziłaś do swojej wagi? Ćwiczyłaś? Co jadłaś?

    OdpowiedzUsuń
  10. patrzę na twoje wymiary,i...
    chuda jesteś !

    OdpowiedzUsuń